Zero Digital Waste

Refuse, Reduce, Reuse — 3 R cyfrowego zero waste

Myślenie o zerowych stratach związanych z produkcją i wykorzystaniem jej efektów nie jest wcale nową ideą i znane jest od ładnych paru dekad. Ludzie mają jednak ciekawą

tendencję do niesłuchania osób mądrzejszych od siebie,

czego konsekwencją jest problem, na jaki napotykają progresywne, czy wręcz rewolucyjne pomysły, próbujące przebić się do świadomości szerszej grupy odbiorców poprzez szum masowych mediów.

A niewątpliwie progresywnym jest pomysł niwelowania strat i odejścia od liniowego procesu tworzenia (coś powstaje, działa przez określony czas, przestaje działać, zostaje wyrzucone/zamienione na inny, nowszy produkt) na rzecz zamkniętego (cyrkularnego) wykorzystania produktu na każdym etapie jego istnienia w sposób, który wyeliminuje lub zmniejszy do minimum powstały odpad.

https://www.vlaanderen-circulair.be/en

Co ciekawe, proces ten niekoniecznie potrzebuje zachodzić w sposób ciągły oraz nie ma potrzeby, żeby całym procesem zajmowała się jedna struktura czy organizacja — tę zmianę myślenia zakorzeniło we mnie wystąpienie Henryka Stawickiego podczas DesignWays w Krakowie w 2021.

W fizycznym świecie myślenie o zerowych stratach produkcji czy konsumpcji opiera się o tzw. 5 R:

refuse, reduce, reuse, recycle i rot.

O ile w kontekście świata cyfrowego trudno jest mówić o recyklingu danych lub ich gniciu (notabene, jeśli ktoś znajdzie sposób kompostowania JPGów i animowanych GIFów, to wygra wszystko), o tyle z pewnością możemy mówić o cyfrowym zero waste w kontekście

odmowy, redukcji i ponownego użycia danych.

Kształt i kierunek prezentacji, nad którą pracowałem w zeszłym roku nadało pewnego wieczoru pytanie mojej córki:

„Tatusiu, ile jest filmików na YouTubie?”

O ile takich danych nie znalazłem, to statystyki, na które udało mi się trafić mówią o 700 000 godzin materiału video dziennie lądującego w tym serwisie, co łącznie daje film trwający bez przerw jakieś OSIEMDZIESIĄT LAT (pi razy oko).

I o ile świadomie i wybiórczo (mniej lub bardziej) konsumujemy te ludzkie sukcesy i spektakularne porażki, którymi wypełniony jest YouTube, o tyle na co dzień nie zdajemy sobie sprawy z tej ilości danych trafiających w każdej chwili do tego serwisu. A jeszcze mniej myślimy o tych danych w kategoriach

ile to wszystko waży?

Nie myślimy również o innych warstwach towarzyszących każdej stronie internetowej czy treści serwowanej przez YouTube lub Netlifx, czyli algorytmach śledzących i analizujących nasze poczyniania i pozostawiane w sieci ślady: co oglądamy, jak długo, w jakim miejscu i czasie, na jakim urządzeniu.

Czy 90 MB danych śledzących poczynania użytkownika, przesłanych bez jego wiedzy w ciągu 3 minut, to dużo czy mało?

W kontekście jednostki z pewnością nie jest to oszałamiająca liczba (chociaż jestem z tego pokolenia, które pamięta, że przesłanie 90 MB danych jeszcze nie tak dawno pochłonęłoby miesięczny budżet telefoniczny), tym niemniej spoglądając na ten proceder poprzez pryzmat paradoksu Jevonsa liczby te nabierają innego wymiaru.

William Jevons w czasie rewolucji przemysłowej zaobserwował intrygujące zjawisko:

im bardziej efektywnie korzystamy z jakiegoś surowca, tym więcej go zużywamy.

Problem wydaje się tkwić w ludzkiej naturze: każdy chce skorzystać z zysków płynących z efektywniejszego wykorzystania jakiegoś surowca, wobec czego jednostkowo otrzymujemy oszczędność, ale w globalnej skali ten pojedynczy zysk niknie w liczbie systemów i ludzi korzystających z tej oszczędności.

W cyfrowym świecie ten paradoks przejawia się w kilku aspektach — przede wszystkim w liczbie przesyłanych danych połączonej ze wzrostem wydajności urządzeń i infrastruktury. W latach ’80 z internetu korzystali nieliczni, w latach ’90 technologia DSL była szczytem marzeń (nie tylko moich), znakomita większość „wisiała” na telefonach i modemach. Raptem kilka dekad później mamy ponad 4.5 miliarda ludzi podpiętych do internetu 24/7, korzystających z przesyłu danych w sposób właściwie nieograniczony pod względem zarówno lokalizacji, jak i czasu. Zdaję sobie sprawę, że mówię tutaj raczej o państwach tzw. rozwiniętych i raczej w kontekście większych aglomeracji miejskich, tym niemniej trend zdaje się być jednokierunkowy od lat.

Z kolei ci wszyscy użytkownicy konsumują coraz więcej treści i coraz częściej jest to wideo, które w kontekście danych do najlżejszych nie należy. A pod tym wszystkim mamy (zwykle dobrze ukryty) aspekt śledzenia i tworzenia statystyk, który w skali globu nabiera potężnej masy i wszyscy z tych danych chcieliby korzystać, zarówno my sami, jak i serwisy, udostępniające nam te zasoby: dla zysku ze sprzedaży tych informacji; żeby serwować nam wciąż nowe, w założeniach lepsze i bardziej nas interesujące treści; żeby przypiąć nas na jeszcze chwilę do danego serwisu czy usługi.

Ostatnia dekada to niewątpliwie czas urządzeń mobilnych. Coraz większa ilość ruchu pochodzi właśnie z nich, nic więc dziwnego, że powstają usługi i serwisy skierowane głównie (lub wręcz wyłącznie) do osób korzystających z telefonów czy tabletów. Jednym się udaje i odnoszą spektakularny sukces — jak Tik Tok; innym wręcz przeciwnie i polegają błyskawicznie — jak Quibi, które miało pecha wystartować w bardzo niefortunnym i nieprzewidywalnym momencie (abstrahuję tutaj od dyskusyjnego podejścia do formy prezentowania treści, tudzież jej jakości).

Zgodnie zaś z paradoksem Jevonsa im lepiej potrafimy wykorzystać te przenośne urządzenia, tym częściej z nich korzystamy, co z kolei idzie w parze z tworzeniem usług — im lepiej potrafimy projektować aplikacje i rozwiązania przykuwające uwagę użytkowników do ich ekranów, tym częściej i na coraz dłużej użytkownicy pozostają do tych ekranów przyklejeni, co staje się problemem zdrowotnym na skalę światową, wobec czego siadamy i wymyślamy, a potem tworzymy rozwiązania, które mają im pomóc w procesie odklejania. A ponieważ najlepiej nam idzie wymyślanie i projektowanie aplikacji, to stosunkowo często są to… aplikacje przypominające o konieczności oderwania się od ekranu.

Dotykamy tutaj również zjawiska, które zaczęło mnie zastanawiać jeszcze w czasie pracy w agencjach reklamowych, jakieś 6 czy 7 lat temu.

Systematycznie oduczamy ludzi myślenia.

Wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że mniej myślenia oznacza łatwiejsze i przyjemniejsze korzystanie z usługi czy serwisu coraz częściej i bardziej myślimy za naszego użytkownika czy klienta. Stosujemy uczenie maszynowe i sztuczną inteligencję, których zadaniem jest wyprzedzać użytkownika, myśleć za niego, podejmować decyzje, które „wiemy”, że podejmie zanim jeszcze on_a sam_a zda sobie z tego sprawę. Nie jestem jeszcze na etapie zakazywania lektur rodzaju „Nie każ mi myśleć” Steve’a Kruga, gdyż pewna doza familiarności i powtarzalności schematów ma dobre strony, ułatwiając ludziom mniej obeznanym z technologiami w miarę wygodne i płynne posługiwanie się nimi. Mam jednak wątpliwości, czy przypadkiem na przestrzeni lat nie zrobiliśmy kuku sobie oraz użytkownikom naszych produktów, wygładzając rogi naszych rozwiązań do granicy wytrzymałości materii, a tym samym okroiliśmy te doświadczenia z wartości.

Doskonałym przykładem tego zjawiska jest cyfrowa fotografia.

Na przestrzeni lat dopracowywaliśmy i rozszerzaliśmy możliwości cyfrowych aparatów, a potem telefonów wyposażanych w coraz potężniejsze technologicznie szkiełka wraz z aplikacjami wykorzystującymi te możliwości. Nosząc w kieszeniach cuda technologii, dowody potęgi ludzkiego umysłu i jego dominacji nad materią, usunęliśmy z procesu fotograficznego potrzebę jego poznania — cały ambaras związany z przesłonami, czasem naświetlania i głębią ostrości, czułością filmów, ciemniami, odbitkami, wywoływaniem. I z jednej strony bardzo dobrze, że obniżyliśmy próg wejścia w fantastyczny świat fotografii, ale czy w drodze ku absolutnej demokratyzacji tego medium nie zgubiliśmy jego wartości sentymentalnej? Z pewnością ją zminimalizowaliśmy. Setki, tysiące zdjęć, do których nigdy nie wracamy — wielokrotnie takich samych lub bardzo podobnych ujęć tego samego zjawiska, tej samej sytuacji, przedmiotu czy osoby, zrobione w ciągu kilku sekund „na wszelki wypadek, bo może wyszło nieostre”, leżą w pamięciach naszych telefonów, przerzucamy je na dyski naszych komputerów, na przenośne dyski, „bo tanio”, wędrują do usług w chmurze, iCloudów i innych Google Photos, żeby tam utknąć na kolejne miesiące i lata.

Wspomnienia stały się obciążeniem.

Te rozważania zapoczątkował przed paru laty mój ówczesny sąsiad, wracający co jakiś czas do potrzeby „przejrzenia kilkuset zdjęć z wakacji sprzed dziesięciu lat”. Dobry czas radości i zabawy, zatrzymany w cyfrowych obrazkach stał się dla niego (w mojej interpretacji) swoistym synonimem obowiązku, ciężaru, czegoś, co „musi zrobić”, czemu „musi poświęcić czas i uwagę”. Wspomnienie zdewaluowało się do czegoś marginalnie wartościowego — przyjemność stała się koniecznością.

Podobnie dzieje się codziennie, kiedy stosy publikowanych daily stories na Instagramie, memy, kotki, śmieszne obrazki, wideo na Tik Toku i „lajwy” z zakupów w centrum handlowym zamieniają się w bezwartościowy szum w tle, coś, co przeminie równie szybko, jak się pojawi, pozostawiając po sobie jedynie archiwum danych i śladów naszych poczynań, przeanalizowanych przez algorytmy badające nasze reakcje.

Ponownie — wracając do paradoksu Jevonsa — na poziomie jednostki nie ma to wielkiego znaczenia, ale wraz ze wzrostem liczby użytkowników rośnie skala, a przy miliardzie użytkowników Tik Toka miesięcznie z tych danych zaczyna się robić ogromna masa.

Zaskakująca jest tutaj zwykła matematyka — niech każdy użytkownik zostawi po sobie ślad o wadze, powiedzmy, 10 MB, to przy miliardzie użytkowników zrobi się z tego 10 000 TB danych.

A naszych śladów zostawiamy po sobie coraz więcej i w coraz większej liczbie miejsc. W przeciwieństwie jednak do czasów podstawówki, kiedy wydrapane w szkolnej ławce wyznanie „Kocham Sylwię z VII A” nie stanowiło o faktycznym „być albo nie być” w prawdziwym świecie, tak w tej chwili nasza sieciowa obecność zakorzenia się w niecyfrowym życiu w coraz szerszym i głębszym kontekście. Nasze cyfrowe ślady przestały ograniczać się do zdjęcia zjedzonej jajecznicy czy rzeczonych wspomnień z wakacji, a zaczęły dotyczyć kluczowych egzystencjalnie aspektów naszego życia: finansów, zdrowia, służb publicznych, podatków, czy prawa.

I abstrahując od naszych danych osobowych, które zostawiamy niejako z definicji w każdym z serwisów, z których potrzebujemy lub chcemy skorzystać, to w każdym z tych miejsc potrzebujemy się zalogować, co z kolei wiąże się nierozerwalnie (jak dotąd) z założeniem konta.

I wszystko jest pięknie, kiedy ruch jest skierowany do środka tych usług i serwisów, kiedy użytkownicy chcą korzystać z naszej oferty, czymkolwiek jest. Schody z reguły zaczynają się w momencie, kiedy chcą z nich zrezygnować. Potraktuję marginalnie w tym tekście nagminnie stosowane sztuczki z zakresu dark patterns: motanie procesu usuwania konta, czy zwykły brak takiej opcji dostępnej bezpośrednio dla użytkownika, kiedy załatwia się temat prośbą o kontakt mailowy, w skrajnie radosnych przypadkach telefoniczny albo wysłanie zwykłą pocztą pisma lub formularza z odręcznym podpisem. W świetle przepisów dotyczących ochrony danych osobowych takie mechanizmy zahaczają conajmniej o ich naginanie, jeśli nie zwyczajne łamanie, a praktyki z wysyłaniem próśb pocztą noszą znamiona znęcania się nad użytkownikami i ograniczania ich wolności — przynajmniej w kontekście prostoty tworzenia takiego konta w celu skorzystania z cyfrowej usługi.

Chodzi mi inny aspekt założonego konta w tej czy innej usłudze czy serwisie internetowym. Pół biedy, jeśli użytkownik jest w stanie samodzielnie dotrzeć do informacji bądź funkcji usuwania swoich danych, lub jest w stanie zwrócić się do usługodawcy z poleceniem usunięcia jego danych i zlikwidowania jego konta — zgodnie zresztą z tzw. right to be forgotten (abstrahuję tutaj od prawnych aspektów, kruczków i zakrętów logicznych, jak np. wymazywanie historii). Co jednak w przypadku, kiedy użytkownik nie jest w stanie rozpocząć takiej procedury z różnych powodów? Zdarza się przecież, że ludzie przebywają w zamknięciu i odosobnieniu, zostają pozbawieni wolności, przechodzą leczenie w ośrodkach psychiatrycznych czy odwykowych, albo są… martwi. Duże serwisy mają procedury na wypadek takich sytuacji. Facebook ma specjalny formularz, który mogą wypełnić bliscy osoby zmarłej, przebywającej w zakładzie zamkniętym czy w jakikolwiek inny sposób mającej utrudniony bądź niemożliwy dostęp do własnego konta. Należy przedstawić zestaw dokumentów udowadniających sytuację posiadacza konta, ale można w ten sposób usunąć dane i zlikwidować konto, bądź przestawić je w tryb „in memoriam” post factum, bez udziału samego użytkownika. Google przyjął nieco inną strategię, przesuwając odpowiedzialność na użytkownika a priori jakiejkolwiek sytuacji życiowej, która mogłaby uniemożliwić mu usunięcie swojego konta i danych, oddając do naszej dyspozycji specjalny zestaw ustawień, jak w przypadku dłuższego nielogowania ma zachować się nasze konto.

Analizując te przypadki zacząłem się zastanawiać, jak powinniśmy podchodzić do tego tematu i nie mam jasności. Czy każda usługa powinna projektować procedury na wypadek takiej sytuacji? Czy może od jakiegoś arbitralnego progu liczby użytkowników powinien być taki wymóg? Czy może metodą MailChimpa czy Microsoft One Drive usuwać z automatu każde konto, do którego nie logowano się od X miesięcy? Czy może zdecydować się na daleko posunięte integracje i pozwolić systemom komunikować się bez naszego udziału, chociaż za naszym przyzwoleniem? Wtedy rzeczy działyby się niejako „same”, zintegrowanie systemu obywatelskiego, w którym są przechowywane dane o dacie naszych urodzin i śmierci mógłby wysyłać na świat sygnał o zgonie i wszystkie serwisy, korzystające z odpowiedniego zestawu danych pozwalających zidentyfikować, o którego użytkownika chodzi, mogłyby samodzielnie wykonywać przewidziane i wcześniej opracowane procedury usuwania danych.

Pod koniec lat ’90 poprzedniego tysiąclecia projektowaliśmy strony internetowe tak, aby były jak najlżejsze, bo wszystko frunęło kablami telefonicznymi poprzez modemy — taka infrastruktura nie była najwydajniejsza, a impulsy telefoniczne do tanich nie należały (stąd zresztą między innymi wziął się cały ruch phreakingu). Potem — zgodnie z paradoskem Jevonsa — zaczęliśmy coraz lepiej korzystać z dostępnych nam zasobów i w tej chwili krążymy po internecie niemalże bez opamiętania, bezrefleksyjnie, przestając się przejmować, czy przesyłany obrazek ma 50 kB czy 50 MB, a rosnąca przepustowość infrastruktury tworzącej internet— od telefonii analogowej przez 2G, 3G, 4G, LTE i 5G — spowoduje dalszy wzrost liczby przesyłanych danych skorelowany z jeszcze mniejszą świadomością, ile to zajmuje przestrzeni. Stoi to w sumie w zgodzie z celem, do którego dąży rozwój tych technologii, którym jest jak najprostsze korzystanie z urządzeń — chcę przesłać wiadomość i mogę to zrobić bez względu na to, czym jest treść, którą chcą się podzielić. Moje dziecko i jej pokolenie nie widzi różnic w formatach, które przesyła, to są zwyczajnie rzeczy, którymi chcą się podzielić ze swoimi równieśnikami — mają taką możliwość i z niej korzystają.

Tymczasem pojawiają się działania nawiązujące do myślenia o każdym przesłanym bajcie. Jednym z przykładów jest LowTech Magazine. Serwer udostępniający tę stronę zasilany jest baterią, która z kolei ładowana jest panelami słonecznymi, stojącymi na balkonie mieszkania w Barcelonie. Idea jest prosta — jest słońce, jest prąd, strona działa; nie ma słońca przez kilka dni, server czerpie energię z baterii, bateria się wyczerpuje, strona przestaje być dostępna. Problemy, jakie stoją przed takim rozwiązaniem unaoczniają nam, jak bardzo przestaliśmy zwracać uwagę i myśleć o infrastrukturze, o tym, z czego korzystamy przeglądając strony w internecie czy filmiki na Tik Toku. Nie zastanawiamy się nad tym, z czego skorzystać w czasie tworzenia naszych usług czy serwisów — bierzemy to, co jest pod ręką, bez refleksji, czy to nam jest niezbędne, czy wykorzystamy możliwości rozwiązań, które są wygodne, szybkie, relatywnie łatwe do uruchomienia i proste do zarządzania, ale czy na pewno ich potrzebujemy?

Tworząc swoje portfolio parę lat temu nie zastanawiałem się nad technologiczną stroną tego przedsięwzięcia — uruchomiłem instalację Wordpressa, poklikałem parę godzin i było gotowe. W zeszłym roku, przyglądając się tematowi ilości przesyłanych danych sprawdziłem z ciekawości, ile moja strona zajmuje miejsca na serwerze. Okazało się, że wykorzystuję ponad 300 MB przestrzeni dyskowej, aby wyświetlić CZTERY pliki HTML z kilkoma (dosłownie) obrazkami. Sprawdziłem światowe statystyki — średnio instalacja Wordpressa na potrzeby niewielkiego serwisu zajmuje około 1-1.5 GB przestrzeni dyskowej. Według szacunków z 2020 roku liczba aktywnych stron korzystających z Wordpressa wynosi ok. 70 milionów — to jakieś 40% ogólnej liczby aktywnych serwisów internetowych.

A przecież to wszystko gdzieś trzeba trzymać, skądś pobierać obrazki do wyświetlenia, zdjęcia, GIFy, memy, insta-stories i tiktoki. To wszystko gdzieś leży, zużywa prąd, zajmuje dyski, macierze, kopie zapasowe, jest przesyłane po łączach, odtwarzane, zapisywane w telefonach, ponownie wysyłane do zapisu w chmurze lub na dyskach w naszych komputerach. Opierając się na szacunkach uważa się, że dziennie YouTube potrzebuje ponad 250 TB nowej przestrzeni dyskowej*. Ta przestrzeń nie pochodzi z powietrza wbrew powszechnie używanemu określeniu „chmury” — to są cenne minerały, rzadkie metale, układy scalone, tysiące kilometrów przewodów i gigawaty energii.

Każda interakcja z tymi systemami i usługami wymaga zasilania.

Każde wyszukanie hasła w Google generuje ok. 0.2 gr dwutlenku węgla. I znów, zgodnie z paradoksem Jevonsa, jednostkowo zupełnie nic, ale tych wyszukań ludzkość generuje ponad 60 tysięcy na sekundę.

Nasze wyszukania haseł w Google generują ok. 12.5 kg CO2 każdej sekundy.

Bezrefleksyjnie korzystamy w tego dobrodziejstwa, wspaniałego rozwiązania współczesnego świata i efektu ludzkiego geniuszu jakim jest internet, będącego jednocześnie miejscem manipulacji, źródłem fałszywych wiadomości, medium pełnym łatwej nienawiści i taniej sensacji. Śledzimy działania nas i naszych dzieci, kwantyfikujemy i klasyfikujemy nasze zachowania, manipulujemy wyborami, przykuwamy siebie i innych do ekranów coraz skuteczniej na coraz dłużej, wykorzystując ten czas do nauki i rozrywki w takim samym stopniu, jak do wciskania ciemnoty, dezinformacji i wysysania z nas energii i ograniczonych przecież zasobów naszej uwagi.

Mam abiwalentne odczucia w stosunku do pomysłów Facebooka (przepraszam, teraz Meta), Loon (na szczęście/nieszczęście projekt zarzucono), czy innego Starlinka mających na celu umożliwienie dostępu do internetu z każdego miejsca na ziemi. Pomysł, żeby stawiać centra danych w pobliżu koła podbiegunowego wydaje mi się conajmniej kontrowersyjny — jak zaczniemy podgrzewać to, co już dzięki naszej działaności topnieje, to czy nie będzie to szybsze podcinanie własnej gałęzi?

Pandemia udowodniła, że internet jest rewelacyjnym narzędziem, dzięki któremu udało się ogarnąć zamieszanie i jako tako podtrzymać światową gospodarkę, przy okazji jednak tworząc nowe, dotychczas nieznane problemy, jak Zoom Dysmorphia. Wydaje się, że nie umiemy wypośrodkować naszych zachowań, trzymać siebie w ryzach i korzystać w rozsądny sposób z czegokolwiek, do czego mamy dostęp:

jesteśmy cały czas w trybie „wszystko albo nic” i wydaje się, że nigdy nie jest „wystarczająco dużo”.

Część odpowiedzialności za tę sytuację ponoszą projektanci, do których sam się zaliczam, których z kolei popychają założyciele startupów i pomysłodawcy genialnych we własnym mniemaniu rozwiązań wszelkich bolączek ludzkiej egzystencji, a wszyscy ujeżdżają stada inżynierów, realizujących te wizje. A wszystkich napędza wizja sławy i gór pieniędzy.

Jako projektant jednak zastanawiam się ostatnio, czy poza tymi wszystkimi narzędziami, które tak bardzo lubimy tworzyć i fikuśnie nazywać nie powinniśmy mieć w swoim arsenale prostego pytania o zasadność ekosystemową proponowanego rozwiązania?

Nie wiem, czy to słuszny kierunek, chociaż coś mi podpowiada, że warto przynajmniej od czasu do czasu zatrzymać się i zastanowić nad tym problemem.

Wiem natomiast z całą pewnością, że efekt skali uzyskać można zarówno po stronie negatywnej, jak i pozytywnej. I wcale nie nawołuję do cyfrowej ascezy i rezygnacji z usług YouTube’a, Wordpressa czy innego Netflixa. Nie wymieniam zresztą tych firm w kontekście krytyki — są to produkty doskonale ilustrujące problem, a jednocześnie bardzo znane i dostępne ogromnej większości z nas. Dzięki rewolucji, jaką przeszedł YouTube od czasu swojego powstania i pierwszego filmiku o wizycie w zoo, byłem w stanie nauczyć się, a potem samodzielnie postawić i uruchomić podtynkowy zestaw toaletowy, dowiedzieć się, w jaki sposób firmy manipulują rzeczywistością, zobaczyć, jak wygląda życie w najzimniejszym rejonie globu, dowiedzieć się mnóstwa rzeczy o gospodarczym i politycznym stanie naszego świata.

Zero waste w fizycznym świecie jest dosyć trudną logistycznie rzeczą do opanowania. Wymaga świadomego poświęcenia czasu i energii, dobrego planowania i przemyślanych ruchów w każdym aspekcie naszego życia i na każdym naszym kroku, od produkcji do konsumpcji. Podobnie jest w cyfrowym wydaniu, może nawet nieco trudniej, bo odnosi się do bardzo abstrakcyjnego elementu naszej codzienności.

Sądzę jednak, że każde jednostkowe działanie zbliża nas do osiągnięcia masy krytycznej, która z kolei może doprowadzić do niezbędnych zmian i w efekcie przyczynić się do ogromnych oszczędności i zmiany myślenia na skalę niezbędną, żeby to wszystko nie zawaliło się któregoś pięknego dnia w spektakularnym pierdolnięciu całej gospodarki.

Mój postulat zatem nie dotyczy rewolucji, a ewolucji.

Produkujmy nasze cyfrowe rozwiązania z nieco większą świadomością od czasu do czasu chociaż wrzucając na tapet tematy nie związane bezpośrednio z rozwiązywanym problemem:

  • nie wszystkie strony potrzebują być dynamiczne, nie wszystkie potrzebują dostępu do baz danych, cookies, formularzy kontaktowych i mapek dojazdu do biura;
  • nie wszystkie aplikacje potrzebują ciągłej wymiany danych i stałego połączenia z internetem — może wystarczy synchronizacja raz w tygodniu, raz w miesiącu, raz na kwartał;
  • nie każdą aplikację czy system trzeba odświeżać albo wzbogacać w ustalonym z góry rytmie — nie każda nowa funkcja wzbogaci czy ułatwi życie użytkowników, a spinanie dupy całego zespołu pod koniec cyklu „musimy coś wypuścić” może powodować frustrację, kiedy nie masz co pokazać i robisz to na siłę, byle się OKRy zgadzały — może lepiej robić rzadsze, ale bardziej wartościowe poprawki czy zmiany;
  • nie każdego maila trzeba wysłać;
  • nie każde spotkanie potrzebuje się odbyć, czasami wystarczy wysłać mailą (patrz punkt wyżej);
  • nie każdy obrazek wart jest puszczania dalej w sieć, nie każde nasze zdjęcie potrzebuje trafić na Instagrama, nie każde wideo jest warte publikowania na Tik Toku.

Starajmy się trzymać z tyłu głowy myślenie o

3 R cyfrowego zero waste:

Refuse

Nie potrzebujesz? Nie korzystaj, nie pobieraj, nie rejestruj się, nie odwiedzaj strony, nie uruchamiaj nowego serwisu.

Reduce

Czy na pewno potrzebujesz wszystkich dostępnych zasobów? Czy możesz poświęcić jakąś funkcję na rzecz innego, lżejszego rozwiązania? Czy na pewno potrzebujesz zdjęcia w pełnej rozdzielczości albo oglądać wideo w 8K na ekranie telefonu w zatłoczonym metrze w czasie powrotu do domu z pracy czy szkoły?

Reuse

Może zamiast wszystko streamować pobierz? Może zamiast wrzucać coś na nowo linkuj do już istniejącego zasobu?

I szukajmy alternatyw, na pewno są — jest całe mnóstwo zapaleńców tworzących zaawansowane rzeczy z myślą o oszczędzaniu wszystkiego i wszędzie — nie wszyscy potrzebujemy wykonywać wszystkie z tych czynności na raz,

wystarczy, że każdy zrobi chociaż trochę.

W wolnym chwili rzuć okiem na https://digitalecology.institute/ — inicjatywę prowadzi taka właśnie ekipa zapaleńców/szaleńców, szukających rozwiązań problemów, nad którymi rzadko kto na co dzień się zastanawia.

*Podczas swojej prezentacji na DesignWays we wrześniu 2021 w Krakowie błędnie podałem, że jest to około 1000 1 TB dysków dziennie — różnica jest spora, choć sama liczba wciąż jest ogromna.

Ten artykuł jest poszerzoną, zredagowaną dla czytelności i przejrzystości wersją mojej prezentacji wygłoszonej na DigitalWays w Krakowie, we wrześniu 2021 roku.

--

--

--

Best dad in the whole world / Philosopher / Writer / Mentor / Lecturer / sometimes Product Designer / https://jagniatkowski.net

Love podcasts or audiobooks? Learn on the go with our new app.

Get the Medium app

A button that says 'Download on the App Store', and if clicked it will lead you to the iOS App store
A button that says 'Get it on, Google Play', and if clicked it will lead you to the Google Play store
Bartek Jagniątkowski

Bartek Jagniątkowski

Best dad in the whole world / Philosopher / Writer / Mentor / Lecturer / sometimes Product Designer / https://jagniatkowski.net

More from Medium

Book Review: User Friendly by Cliff Kuang with Robert Fabricant

And we made the Night for livelihood

Are We Afraid of AI Because Technology is Already Erasing Humanity?

Interpreting Invisible Cities with Illustrations