Konsumując kulturę

Czy na pewno potrzebujemy wszystkiego doświadczać?

Zdjęcie igły na płycie gramofonowej, James Sutton z Unsplash

Sprzedaż płyt kompaktowych spada na całym świecie (poza Japonią, która jest bardzo dziwnym krajem pełnym niezrozumiałych kontrastów tradycji i nowoczesności splątanych karykaturalnym niemalże węzłem honoru, indywidualności i poświęcenia jednostki w imię dobra większości) przy jednoczesnym wzroście konsumpcji muzyki przez serwisy w rodzaju Spotify oraz — zaskakująco — od lat stałym wzroście produkcji i sprzedaży płyt winylowych.

Jednocześnie Samsung zaprzestał produkcji odtwarzaczy Blu-ray przy rosnącej popularności usług w rodzaju Netflix czy HBO Go. Kina wciąż istnieją (choć dobrze mają się raczej tylko te duże, odpersonalizowane sieciówki), a teatr ma się chyba całkiem nieźle (od półtora roku próbuję kupić bilet na „Garderobianego” w Narodowym, a każde przedstawienie „Między nami dobrze jest” w TRze ma komplet na widowni). Książek wydaje się tyle, że aż dziw bierze, kto to wszystko czyta, skoro 37% Polaków deklaruje przeczytanie jednej książki rocznie („aż” 9% badanych przeczytało więcej, niż 7 pozycji — moja Mamuśka z jej prawie czterystoma książkami przeczytanymi w zeszłym roku robi niezły błąd statystyczny). Galerie co chwilę przyciągają nowymi wystawami, co jako nowego konsumenta sztuki bardzo mnie cieszy.
Nie wypowiem się jedynie o operze i balecie, nie moje dziedziny. Możliwe, że jeszcze nie moje.

Największe sukcesy święci najmłodsza dziedzina kultury, pochłaniająca coraz większe pieniądze, ale jednocześnie przynosząca miliardowe zyski. Jeszcze do niedawna traktowane po macoszemu gry video stanowią w tej chwili najprężniej i najlepiej funkcjonującą gałąź kultury, przebijając zyskami film i muzykę razem wzięte, głównie za sprawą wzrostu bazy sprzętowej — wszędobylskich smartfonów.

Wydaje się więc, że kultura dostosowuje się — albo chociaż stara dostosować — do współczesnego widza, chce dotrzeć do odbiorcy tam, gdzie on faktycznie przebywa i w momencie, kiedy ma czas na odbiór i przyswojenie tej kultury (jakkolwiek rozbiegane to doświadczenie by nie było — oglądanie dzieł Rothko na telefonie w zatłoczonym tramwaju przyprawiłoby artystę co najmniej o wrzody żołądka, przypuszczam).

Galerie, nie tylko te „światowe”, pokazują coraz ciekawsze treści w internetach od lat. Nowojorskie MoMA, londyńska Tate Modern, ale też rodzime Muzeum Narodowe w Warszawie mają kanały na YouTube, gdzie pokazują mnóstwo interesujących materiałów dotyczących zarówno samych wystaw, jak i procesów ich organizowania, pracy kuratorów, konserwatorów, materiałów dotyczący samych artystów czy wręcz pojedynczych dzieł.

Teatr da się oglądać przez internet, choć w bardzo ograniczonym zakresie, ale i tak chwalebne próby na naszym rodzimym poletku popełnia Borys Szyc i jego TheMuBa (inne pytanie, jak dużą niszę i potrzebę zaspokaja ta usługa). Opera i balet mają swoje chwile dzięki kanałom telewizyjnym w rodzaju Mezzo.

Drugą stroną medalu jest tymczasowość masowych mediów i związana z tym ich ulotność.

Zarówno w przypadku teatru, opery, baletu, czy malarstwa problem w zasadzie nie istnieje — doraźne bytowanie z teatrem jest niejako wpisane w jego definicję, nie da się bowiem przedstawienia teatralnego czy baletowego posiadać na własność (nawet jeśli jest naszego autorstwa — sam tekst to nie wszystko). A spośród okredytowanej po korek i zarobionej po kokardę gawiedzi mało kto może pochwalić się posiadaniem obrazu czy rzeźby znanego czy cenionego artysty (chyba, że to znajomy).

Elektroniczne książki stanowią niewielki kawałek tego tortu — płacimy za plik i jest nasz, nikt go nam nie wyrwie z dysków. Pozostanie naszą własnością do momentu, kiedy go sami nie usuniemy albo nie zniknie z powodu awarii sprzętu usługodawcy naszej chmury. Utrata może się zdarzyć również w przypadku książki fizycznej — zgubimy lub wyrzucimy, zniszczymy czytając w kąpieli, pożyczymy znajomym, którzy mogą ją również zgubić czy zniszczyć.

Zupełnie inaczej ma się sprawa z grami, muzyką oraz filmami i serialami — najbardziej masowymi dziedzinami sztuki.
Niewątpliwą zaletą serwisów streamingowych i przechowywania muzyki, zdjęć czy filmów w chmurze jest ich ciągła dostępność: wszędzie, gdzie mamy internet i w każdej chwili, jeśli mamy prąd. Wygoda jest ogromna i bez dwóch zdań łatwość dostępu do takiego sposobu konsumowania mediów zrewolucjonizowała cały świat, przyczyniając się do wzrostu popularności platform takich, jak Netflix, HBO, Spotify, Apple Music (przyczyniając się jednocześnie do zniknięcia wypożyczalni video czy sklepów z płytami, skutecznie eliminując lub ograniczając możliwość nabycia fizycznego nośnika z upragnioną zawartością).

Problemem natomiast są oferowane przez te serwisy zasoby udostępniane w różnym zakresie i czasie.

W przypadku Netflixa czy HBO dostajemy informacje o tym, co i kiedy zniknie z tych platform; na Spotify po prostu zauważasz w którymś momencie, że już nie możesz słuchać dyskografii tego czy innego wykonawcy, czy nawet konkretnego utworu na płycie; Disney natomiast robi co chce.
Starając się prześledzić i zrozumieć, w jaki sposób muzyka znika ze Spotify nie znalazłem żadnej sensownej odpowiedzi. Netflix i HBO wykupują licencje na dystrybucję materiałów poprzez różne kanały (HBO poza serwisem streamingowym wciąż jest jeszcze operatorem „tradycyjnej” telewizji), Spotify płaci wykonawcom tantiemy od ilości odtworzeń, a Disney jest właścicielem całego swojego katalogu.

Co jednak w przypadku, kiedy najdzie nas ochota na obejrzenie czy posłuchanie czegoś, co do tej pory w ofercie było, ale już dostępne nie jest? Książki z bibliotek raczej nie znikają, możemy po latach wrócić do ukochanej pozycji z lat dziecinnych i przypomnieć sobie uczucie towarzyszące nam podczas lektury „Lata Muminków” nawet jeśli nie ma ich w pobliskim sklepie.

Co innego filmy i muzyka, jak się okazuje. Płacąc za Spotify czy Netflix nie stajemy się właścicielami czy nawet współwłaścicielami jakiegoś konkretnego dzieła — wynajmujemy na chwilę samą infrastrukturę służącą do przesyłania tych rzeczy do naszych urządzeń, a koszt samego utworu w cenie usługi stanowi tylko jakiś ułamek całej kwoty. Nie dostajemy tych mediów na wieczność, nie możemy ich dotknąć, powąchać, a dodatkowo mogą nam zostać zabrane w każdej chwili i bez ostrzeżenia.
Czy stosunkową niewielką ceną za możliwość legalnego dostępu do masowej kultury jest pogodzenie się z tymczasowością oferty? Czy mamy tutaj do czynienia z facebookizacją kultury — przynamniej tej najbardziej masowej — gdzie wszystko jest ulotne, na chwilę i do wyrzucenia?

Kupując fizyczny przedmiot godzę się ze stratą jego wartości, którą mogę częściowo odzyskać odsprzedając płytę z muzyką, filmem czy grą (lub nawet zyskać w przypadku „tradycyjnej sztuki”). Wypożyczając usługę obejrzenia filmu godzę się na jego nieposiadanie, a jednocześnie godzę się z jego stratą już w momencie potwierdzenia zakupu. Wygodną stroną jest to, że nie mam przedmiotu, który zalega mi na półce, zbiera kurz; przedmiotu, do którego wrócę może raz na rok czy pięć lat; którego nie będę ze sobą targał przy kolejnej przeprowadzce, a jednocześnie nie wiem, kiedy stracę do niego dostęp, być może już nigdy nie dostając możliwości, żeby pokazać go dzieciom czy znajomym. Z jednej strony godzę się z całą świadomością na to, żeby ograniczyć wytwarzanie plastiku, marnowania energii na produkcję i dystrybucję płyty z filmem czy pudełka z serialem. Z drugiej zaś ten lęk przed utratą możliwości powrotu do czegoś, za co już zapłaciłem powoduje swoiste poczucie zrobienia się w przysłowiowego balona.

Za wygodę nie posiadania płacę cenę nie posiadania.

Czy ulotność kultury i sztuki we współczesnym świecie sugeruje, że ta kultura i sztuka stają się marginalne, straciły na znaczeniu? Czy ograniczanie (w kontekście działań stricte ekonomicznych) dostępu do kultury podnosi jej wartość, unikatowość? W moim odczuciu świadomość, że za rok czy dwa nie zobaczę któregoś filmu ze świata tego czy innego wydawnictwa komiksowego zupełnie nie wpływa na wzrost mojej chęci, żeby go zobaczyć. Czy nie obcując z jakąś częścią dziedzictwa kulturowego ludzkości przyczyniam się do obniżenia jakości tegoż dziedzictwa? Doświadczanie sztuki, w jakimkolwiek kontekście, wydaje się bardziej przywilejem, niż koniecznością — nie wszyscy potrzebują zobaczyć prace Agnes Martin na żywo, podobnie jak nie wszyscy potrzebują obcować z popularnymi serialami o smokach.

Może jednak to „znikanie” kultury jest jakąś wartością? Ta chwilowość dostępu do serialu czy filmu, który mnie zachwycał w latach szczenięcych może być błogosławieństwem w przebraniu. Może to dobrze, że pewne dzieła znikają z naszego świata? Szkoda tylko, że decydują o tym bliżej niezidentyfikowane postaci ze świata głównie biznesu (nie ma się co oszukiwać) albo, co chyba gorsza, algorytmy sztucznej inteligencji wspierające świat wielkiego szmalu. Prywatnie nie cierpię za bardzo, kiedy znika z Netflixa czy Spotify ta czy inna pozycja, szczerze powiedziawszy nawet nie zauważam tych braków, bo na ich miejsce trafiają kolejne, których nie będę miał czasu obejrzeć czy posłuchać, pochłonięty kolejną czarną dziurą na YT.

Mam zresztą tyle książek do przeczytania, że mógłbym nie oglądać niczego całymi latami.

Albo w końcu będę miał więcej czasu, żeby malować.

--

--

--

Best dad in the whole world / Philosopher / Writer / Mentor / Lecturer / sometimes Product Designer / https://jagniatkowski.net

Love podcasts or audiobooks? Learn on the go with our new app.

Get the Medium app

A button that says 'Download on the App Store', and if clicked it will lead you to the iOS App store
A button that says 'Get it on, Google Play', and if clicked it will lead you to the Google Play store
Bartek Jagniątkowski

Bartek Jagniątkowski

Best dad in the whole world / Philosopher / Writer / Mentor / Lecturer / sometimes Product Designer / https://jagniatkowski.net

More from Medium

My third book pre-read blog

Valuable Lessons That Pixar & Marvel Can Teach Us to Become Better Dads

Shawshank Redemption(1994)Review: Hope vs. Fear

Bitter Sweets